Kiedy pierwszy raz byłem w Paryżu i było to pewnie dziesięć lat temu, pierwsze kroki skierowałem na Champs-Élysées, zachowanie typowego turysty, który nic nie wie, nigdzie nie był i nic nie widział. Szok, wielki świat i zawrót głowy. Chyba tak to wyglądało. Nic więcej nie pamięta, nic chyba mnie nie urzekło, poza pierwszym zachwytem po wyjściu z metra i poza tiramisu w wersji lux w kawiarni na antresoli w salonie luksusowych aut, może to był Mercedes, może inny salon. Spaceruję teraz po google street, ale nie mogę zlokalizować tego miejsca a salonów z autami jest przynajmniej kilka. Tiramisu było niezwykłe, do tej pory znałem tylko to klasyczne. Tam poznałem wersje lux, mniej włoską, bardziej wiosenną. Tiramisu z rabarbarem. Dziś odtwarzam ten smak w wersji domowej, ale równie de lux. Kupuje rabarbar w Hali Mirowskiej w Warszawie. Jest dorodny, ale jeszcze nie tak sprężysty jak ten późno wiosenny, czerwcowy.

Tiramisu z rabarbarem (porcja dla 4 osób):
Mascarpone (200 g) nie całe, małe opakowanie
Śmietana Kremówka – nie całe małe pudełko – około 100 g
rabarbar – 4 dorodne łodygi
cukier biały – nie dużo – jedynie po to, aby przełamać kwasowość rabarbaru
masło klarowane
łyżka Napoleona – Brandy – lub innego wytrawnego, mocnego alkoholu
biszkopty podłużne, tradycyjne, włoskie.
Zaczynam od podsmażenia na maśle pokrojonego w kostkę rabarbaru. Podsypuje go dwiema łyżkami białego cukru. W czasie, kiedy dochodzi, ubijam śmietankę i dodaje do niej mascarpone, miksując na mniejszych obrotach. Dodaje alkohol i odrobinę ekstraktu waniliowego. Kiedy rabarbar z patelni ostygnie wykładam kolejno do szklanek pokruszony biszkopt, rabarbar i masę mascarpone. Deser jest najlepszy po kilku godzinach spędzonych w lodówce. Prosto, dosyć wytrawnie, dla tych, którzy nie do końca lubią przesłodzone desery. Wytrawnie, to Champs-Élysées, salon Mercedes, czy innej marki luksusowej…